Dziś mija drugi dzień mojego pobytu w La Paz. Okazuje się, że jednak zaczynam odkrywać jego urok. Nie ten oczywisty, który rzuca na kolana i zapiera dech w piersiach kiedy pierwszy (i każdy następny raz) je ujrzysz. Urok, który kryje się w podejrzliwie zerkających ludziach (nie wiem kto kogo bardziej się boi), trąbiących wciąż i w kółko kierowcach (nie wiadomo kto na kogo) i ogólnie panującym zgiełku. Wiecie co to ‘’sztuczny tłok’’? No właśnie, tylko tutaj nie jest sztuczny. Choć dziekan tutejszego uniwersytetu (René) spędza ze mną każdą wolną chwilę, to jednak często dreptam po mieście samotnie (pod żadnym pozorem nie wolno mi używać taksówek). A to dreptanie wcale nie jest proste…przy każdej górce (a jest ich wiele) obowiązkowo kilka przystanków, bo oddechu nadal brak. Na każdej ulicy są malutkie sklepiki, zwykle prowadzone przez słynne ‘cholitas’, czyli kobiety Aymará, które nadal noszą tradycyjne rozłożyste suknie i co ważniejsze, specyficzne, okrągłe kapelusze. I to właśnie z nimi najłatwiej mi wymienić serdeczny uśmiech, a czasem nawet słowo.
Całkiem pewnie czuje się już na ulicy gdzie głos szeptający ‘gringa’ nie robi już na mnie wrażenia, a jedynie powoduje lekki uśmiech. Jeśli o uśmiechu mowa, to jest takie zjawisko, że jak mija się dwóch gringów, to zawsze kąciki ust się unoszą. Jeśli natomiast mowa o ulicy, to póki co, największym wyzwaniem jest jej przekroczenie. Nie ma tu pasów dla pieszych, a już na pewno nie można polegać na światłach, których nikt nie przestrzega. Jest jedna zasada. Samochód ma zawsze pierwszeństwo, a jest ich mnóstwo (to jest jedno z miast, w których nigdy nie usiadłabym za kółkiem). Tym samym, przekroczenie nawet najmniejszej uliczki bez obtrąbienia graniczy z niemożliwym. Boliwijczycy jednak mało się tym przejmują i dosłownie wchodzą pod koła. A jak już taki samobójca się trafi i zatrzyma ruch, ruszam za nim.
Innym wyzwaniem jest uniknięcie tzw. pucybutów. Są po prostu wszędzie, i atakują zwykle w kominiarkach (nie chcą zostać rozpoznani z racji tego, że robota średnia). Muszę przyznać, że myślałam, że moje brązowe, skórzane trampki są dosyć niepozorne. Okazuje się jednak, że świecą i wabią z kilometra, tym bardziej, w połączeniu z blond głową oznaczającą grzechoczące w kieszeni ‘zbędne’ monety. Z tymi monetami mają nawet trochę racji bo szybko nauczyłam się mieć zawsze drobne i nie wyciągać banknotów. Na szczęście pogoda dopisuje, więc zmieniłam obuwie na niebieskie, zamszowe balerinki, do których wypolerowania żaden śmiałek jeszcze się nie trafił.
Miałam dziś też okazję zobaczyć La Paz wieczorem. Wspaniały widok domów oświetlonych na stokach doliny. Jestem pewna, że jest to miejsce wyjątkowe i jedyne na świecie, zdecydowanie warte zobaczenia- na żywo (zdjęcia nie oddają nawet połowy wrażenia). Tak jak pierwszego dnia chciałam jak najszybciej uciec do spokojniejszego Sucre, tak drugiego żałuje, że nie zostaje tu dłużej. Wrócę tu jednak za jakieś 2 miesiące, myślę, że z miłą chęcią, i bardziej pewna siebie :).
P.S.
Przetestowałam to już wiele razy… i nadal nie pojmuję. Zawsze jak ktoś mi pisze słowa otuchy i wsparcia, że we mnie wierzy, że myśli, że wszystko będzie dobrze- to nic, tylko zaczyna trząść się broda i momentalnie napływają łzy. Też tak macie? Nie oznacza to jednak, że macie przestać pisać ciepłe słowa :). Summa summarum, bardzo mi to pomaga. Muchas gracias!
podrozniczkko ... najbardziej mi sie podoba naturalnosc przekazu, czytam i sie usmiecham ( i tez marek a nie Jan )
OdpowiedzUsuń