Piątek wieczór rozpoczął się bardzo spokojnie…(i tak też się zakończył – Gracias a Dios!). René (znany też jako dziekan) wpadł po mnie do hotelu o 19tej. Byliśmy umówieni na: un vino tinto de altura (red wine of the highlands, a po polsku czerwone wino na wysokościach :D). Wcześniej jednak René postanowił przedstawić mnie szefowi ogrodnictwa w La Paz, który między innymi całkiem niedaleko prowadzi mały sklepik z nasionami. Cenna znajomość i miła wizyta profitująca książką z dedykacją dla Martha Grucia (que bien!). Później zaczęliśmy się trochę włóczyć uliczkami, bo miejsce do którego chciał mnie zabrać René otwierali dopiero o 21. Tak więc byliśmy i tu i tam w poszukiwaniu vino tinto de altura. W końcu trafiliśmy na miejsce, które wydawało się przystanią dla turystów. I było wino, dobre, czerwone, a z wysokością wiązała się na pewno zawartość procentów. Rozmawialiśmy od godziny o tym i owym…aż tu nagle… wchodzi na sale w której siedzimy dziewczyna i krzyczy: ‘’Chico! No!’’. Przyznam szczerze, że nawet na to nie zwróciłam uwagi, tu wszyscy krzyczą non stop. W tym samym czasie, panniedobry (znany też jako Chico), który siedział przy stoliku za mną pakował właśnie moją torbę do swojego plecaka. Jakim cudem ją dosięgnął…pojęcia nie mam. Ale jak mówi René: ‘’son creativos’’. Panniedobry szybko torbę oddał i uciekł. Na szczęście cała zawartość pozostała a do stracenia było wiele (nawet nie chcę o tym myśleć). Chwilę później wychodziliśmy, więc postanowiłam podejść do mojej wybawicielki i podziękować milionkrotnie. Jak się okazało, była to samotna odkrywczyni Ameryki Południowej ze Szwajcarii. Złożyłam wyrazy wdzięczności, uścisnęłam dłoń i ruszyłam do wyjścia. Jednak przy drzwiach cos mnie tknęło żeby (skoro jest sama) może ją zaprosić na nasz wieczór boliwijskiego folkloru. To był jej pierwszy dzień w La Paz, zgodziła się bez wahania. Tak więc poszliśmy do knajpy, do której ani ja ani Lina (tak ma na imię) nie weszłybyśmy nigdy same. Zamówiliśmy butelkę wina (na wysokościach- w tym przypadku dosłownie z miejscami na balkonie), przy czym kelner zastrzegł od razu, że nie ma otwieracza, więc wbije korek do środka :D. Patrząc na roztańczony tłum i żując liście koki słuchaliśmy opowieści Liny z Brazylii, Argentyny, Chile i Ekwadoru. I teraz… Lina mówi: ‘’sluchaj Marta, zadam Ci pytanie choć jest głupie i nieprawdopodobne… znasz może dziewczynę ze Szwajcarii, też studiuje w Kopenhadze… ma na imię Sabrina. Na co ja że znam jedną Sabrine, trochę zakręcona, w okularach, blond i lubi robić na drutach (to nie żart :D). Moi kochani… ja i Lina- nieznajoma, która uratowała mój dobytek… na cały świat spotkałyśmy się w La Paz…a na całą Szwajcarie mamy wspólną znajomą. I nie mówcie mi że świat nie jest mały!
Ale nie zapominajmy o René i o miejscu do którego nas zabrał. Przy dźwiękach słynnych boliwijskich zampoñas i powtarzanym co chwile: ‘’salut!’’ spoglądaliśmy na tłum Boliwijczyków, którzy na parkiecie byli, a przynajmniej wydawali się być- najszczęśliwszymi ludźmi na świecie (małym przypominam). Uśmiechnięci i pełni pozytywnej energii. Nic nie jest ważne oprócz muzyki, która dosłownie w duszy gra i wywołuje ogólne, wszechobecne i wszechogarniające szczęście z szerokim uśmiechem na twarzy włącznie. I ten pan w czerwonym który nie może usiedzieć nawet chwili! Myślę, że możemy wiele się od nich nauczyć (na parkiecie jednak sądzę, że nigdy nie będziemy mieć szans). Nie spodziewałam się, że stanie się to tak szybko ale… pomimo pananiedobrego, dziś odkryłam, że niewiele mi brakuje by zakochać się w Boliwii. A spotkanie Liny… traktuje jako dobry znak. Ktoś nade mną czuwa. Salut!
Buenas Noches Amigos y Amigas!
Dobra jazda z tą Liną! :) I pamiętaj nigdy nie noś wszystkiego w jednym miejscu. Pieniądze osobno, dokumenty osobno itd. :)
OdpowiedzUsuńKobietko, jak to możliwe, że potrafisz takpieknie literacko pisać.
OdpowiedzUsuńMogłabym cię czytać godzinami. Ta druga blondynka, to przy tobie pikuś
Gruca nie odkrylem w Tobie takiego literackiego talentu! :) a szkoda.. :)
OdpowiedzUsuńbardzo zgranie napisane, a fabula i opisy wciagajace. dzielo zycia powstaje :)
haha, dziękuję!
OdpowiedzUsuń