W ostatni weekend wybrałam się do miasta Tarija. Sama podróż była (jak zwykle) bardzo ciekawa, iż okazało się, że jedyne linie lotnicze jakie latają w tym kierunku z Sucre to TAM, czyli Transporte Aereo Militar. Choć sam lot trwał jedyne 25 min (bus jedzie 18 h dla porównania) rozrywka ta kosztowała mnie sporo nerwów. Nie chcę wiedzieć ile lat miał mój samolot ani co to za model ale wyglądał i brzmiał zdecydowanie jak nielot. Ale to był dopiero początek kolejnej wielkiej przygody (a coś czuję, że większe są przede mną).
Jak się okazało w ramach mojej wizyty została zaplanowana wycieczka do miejsca zwanego Carapari. W Boliwii mamy teraz lato co nie oznacza jedynie ciepła ale także co najmniej jedną porządną ulewę w ciągu dnia. Entonces (oznacza ‘zatem’ i bardzo lubię to słowo :P ) dostanie się gdziekolwiek, gdzie nie prowadzi asfaltowa droga jest nie tylko wielką zagadką ale i wyprawą ekstremalną. Carapari, miejsce, w którym uprawiana jest moja ‘ahipa’ znajduje się dosłownie ‘en el medio de la nada mis amigos’ (in the middle of nowhere my friends!). Ja, moi dwaj duńscy promotorzy i przyjaciel Ivan, zapakowaliśmy się do całkiem solidnego dżipa i ruszyliśmy w drogę… długą, wąską i krętą… drogę w chmurach, a jedyne co przebłyskiwało od czasu do czasu to krzyże postawione ku pamięci tych, którzy solidnego auta i dobrego kierowcy nie mieli… a może po prostu szczęścia. I tak około cztery i pół godziny, ze strachem w oczach i niemalże mierda w majtkach jechalismy przez góry po mokrej i tym samym śliskiej nawierzchni… oczywiście przez cały czas mając świadomość, że tą samą drogą będzie trzeba jeszcze wrócić. Choć po dwóch godzinach drogi wydawało mi się, że nie ma możliwości spotkać tzw. żywej duszy to raz na jakiś czas tuż przed maską pojawiał się boliwijski pasterz ze stadem owieczek albo osiołków. Spotkaliśmy też dwie młode dziewczyny, które nie mogły się nadziwić kolorowi moich włosów i oczu… muszę przyznać, że mnie to onieśmieliło. Oprócz żywych dusz na tego typu drodze może również wyrosnąć ogromny głaz, który trzeba ominąć dosłownie na krawędzi przepaści i wtedy zazwyczaj wymiękałam i pomimo, że lało jak z cebra, wysiadałam z samochodu i ten krótki odcinek pokonywałam przytulona do owego kamyka. Kiedy zaczęliśmy zjeżdżać w dół, w rejon rzeki Pilaya, wyszło słońce i … naszym oczom ukazała się przepiękna dolina – Carapari. Nazwa doliny pochodzi od olbrzymiego kaktusa, który rośnie na wszystkich stokach otaczających ją gór. Dla tego widoku warto było spinać się przez cztery i pół godziny… to mały raj na ziemi. Na zdjęciu, w dole, za rzeką, widać kilka domów. Mieszkają tam ludzie którzy od lat uprawiają ahipę i z którymi ja zamieszkam za jakieś trzy, cztery tygodnie. Żyją sobie z dala od cywilizacji, w tej pięknej krainie, oddzieleni od świata nie tylko górami ale i rzeką, której nam niestety nie udało się przekroczyć. Normalnie możliwe jest przejechanie rzeki samochodem terenowym, ale niestety w porze deszczowej poziom wody jest zbyt wysoki. Tak więc mogliśmy jedynie podziwiać to miejsce z drugiego brzegu … a ahipa nadal pozostaje dla mnie nieodkryta.
Swoją drogą, historia tego miejsca również zasługuje na uwagę. W 1952, kiedy w Boliwii uchwalono gruntowną reformę rolną, właściciel Carapari nie był wcale skłonny odstępować ziemi mieszkańcom entonces Ci, odgrodzeni od świata zewnętrznego, mogli czuć się bezkarni i postanowili właściciela zabić. Cóż… pozostaje mieć nadzieję, że mnie zaakceptują.
Hasta luego!
Panorama przepiękna, kaktusy mają imponujące rozmiary. Zastanawiam się czy w tej przepięknej miejscowości zostanie z tobą jakaś bratnia dusza. Zobaczymy.
OdpowiedzUsuńWyobraź sobie Martusiu , że wczoraj przez przypadek trafiłam na program Martyny Wojciechowskiej. I gdzie była ? W Boliwii , w La Paz. Z zainteresowaniem obejrzałam do końca program. Zobaczyłam zatłoczone uliczki. Rdzennych Indian.I jedno przed czym chciałam cie przestrzec (na podstawie jej komentarza), to przed robieniem boliwijskim Indianom zdjęć. Ponoć nie jest to mile widziane. Uważają oni , iż aparat może zabrać im duszę. Nie lekceważ tego. To co dla nas jest wręcz śmieszne , tam może być poważną sprawą.
Przesyłam gorące całusy. Do nich dołącza się Leszek .
Jaka oiekna, bajkowa kraina. A Ty, co by nie mówic, byłaś tam . podziwiałaś i wróciłaś szczęśliwie - kolejny sukces.
OdpowiedzUsuńZastanawiam się tylko , dlaczego ci dwaj "dzielni" Duńczycy sami nie zabiorą się za szukanie w dżungli tej ahipy, tylko wysyłają tam małą, drobną blondynkę z polskiego Skarżyska. Ot, faceci.
Przytulam Cię mocno i całuę, mój ty samotny odkrywco.
A w Polsce "niespodziewany" powrót zimy,
OdpowiedzUsuńwszędzie brudno, szaro i nijako.
A zamiast zagadkowej ahipy, mamy pod sniegiem tony śmieci i odchodów. A pod ziemią armię kretów, która przeorała hektary domowych trawników. I tak naprawdę pięknie i wspaniale, będzie tu dopiero po twoim powrocie.
tak tak, trzeba uwazac z fotografowaniem miejscowych... dlatego zwykle robie to z tzw. nienacka :)
OdpowiedzUsuńNiezły z Ciebie fotograf-obserwator
OdpowiedzUsuńa ja Ci sie pochwale, ze w zeszlym tygodniu zaczelam sie uczyc hiszpanskiego :) i bardzo mi sie podoba!
OdpowiedzUsuńzazdroszcze Ci tej niesamowietej codziennosci i juz powoli rozkminiam jak zapytac czy dadza mi miesiac bezplatnego urlopu, zebym mogla popodrozowac z Toba :)w polowie kwietnia konczy mi sie okres probny i wtedy sprobuje ogarnac temat. co o tym sadzisz? caluseczki dla mojej biedroneczki! sciskam!!!
ucz sie ucz! I przyjezdzaj pod koniec maja! Planuje wtedy wycieczke na polnoc Boliwii i poludnie Peru. Mam nadzieje ze starczy mi czasu!
OdpowiedzUsuń