Ostatni weekend.
Ostatni weekend minął mi … wakacyjnie. W piątek sporą grupą wyszliśmy do tutejszego klubu, a raczej jak mówią ‘discoteki’, aby pożegnać Remko, z którym mieszkałam przez 2 tygodnie. Przekrój hitów muszę przyznać - dość zaskakujący. Takie przeboje jak ‘Y.M.C.A’ czy ‘Wannabe’ przeplatały się na zmianę z muzyką do sedna folklorystyczną, a wtedy… tłum dosłownie szalał. Rozentuzjazmowani boliwijscy chłopcy chwytali swoje wystrojone koleżanki, a discoteka zamieniała się w niemalże scenę ludową. My natomiast w tym czasie, cóż,… kierowaliśmy się w stronę baru. I tu kolejne zaskoczenie. Po chwili zastanowienia postanowiłam nie ryzykować nieznajomych mi nazw koktajli i zdecydowałam się na Mojito. Dostałam drinka bez lodu, w którym zamiast świeżych drobnych listków mięty pływała zwiędnięta cała łodyga (niemal z korzeniem!). Na moje ogrodnicze oko, myślę, że jakby to tak trochę postało to można by spokojnie wyhodować zaszczepki. Wszystko wyjaśniło się, gdy okazało się, że barman obciążył mój rachunek na 10 bolivianos (czyli około 4 PLN). Salut!
Kolejnego poranka wszyscy razem udaliśmy się do ‘Cafe Mirador’ (zdj. nr 1 i 2). To jeden z najlepszych spotów w tym mieście, z leżakami, ogrodem botanicznym gdzie energicznie fruwają kolibry (zdj. nr 3)… i piękną panoramą. Nic tylko rozkoszować się sokiem z wyciskanych, egzotycznych owoców i zdecydowanie sytym boliwijskim śniadaniem, zakończonym świeżo parzoną kawą. Ponieważ słońce zaczęło nas mocno prażyć, postanowiliśmy wybrać się na basen, około 25 km od Sucre (pół godzinna jazda taksówką kosztowała 5 bolivianos od osoby- 2 PLN, plus pan ‘taxista’ czekał na nas około 3h aż się wypluskamy). Sam basen położony jest wśród zieleni, z wysokimi górami w tle, przy takiej scenerii nie da się nie wypocząć (zdj. nr 4). Jedyne co nas nieco rozpraszało to dwóch młodocianych paparazzi, którzy nieustannie fotografowali nasze zarumienione, jednak nadal białe ciała. Tego samego dnia czekał na nas jeszcze koncert… miał być jazz… a był rozkrzyczany, długowłosy zespół z Cochabamby. I gave up.
Polska!
Okazuje się, że wcale nie tak łatwo spotkać naszych rodaków na boliwijskiej ziemi. Zwykle, gdy mówię, że jestem z Polski, spotykam się z zaskoczeniem, a nawet żywym zainteresowaniem. Nawet w mojej szkole hiszpańskiego podobno nie odnotowano żadnego Polaka w ostatnim roku. Nie czuję się jednak przez to samotnie. Tak się jakoś złożyło, że mam wokół siebie ludzi, którzy w mniejszym lub większym stopniu mają powiązania z naszą ojczyzną. I tak począwszy od koleżanki Sary (Kanada), której babcia jest Polką, przez Luisę (Niemcy), która nauczyła się całkiem nieźle polskiego w Krakowie, oraz Kaya (USA), którego dziewczyna jest Polką, na Debbie (Holandia) kończąc, która ostatniego sobotniego poranka, przy wschodzie słońca, idąc chwiejnym krokiem wyśpiewała mi hymn Polski !!! Ten ostatni, dość zaskakujący komunikat nie jest żartem, Sucre usłyszało: ”marsz marsz Dąbrowski”, którego Debbie nauczyła się jako sześciolatka z okazji wymiany uczniów w jej szkole (niesamowite!).
Śle pozdrowienia kochani! … z ziemi boliwijskiej do Polski!
Trzeba przyznać , ze miejsca które sfotografowałaś nastrajają wybitnie wypoczynkowi. I to jest właśnie to, trzeba korzystać z takich miejsc. Muszę przyznać , że koliberka zauważyłam dopiero po przeczytaniu opisu. W pierwszej chwili zwróciłam uwagę na znajomą werbenę . Dopiero w drugim wejściu zobaczyłam kolibra. Udało ci się go złapać w obiektyw. To prawie jak u nas pszczółka. Czy tam można zobaczyć pszczółkę? No bo motyle to są z całą pewnością.
OdpowiedzUsuńStrasznie mi się podobają parasole. Są świetne. Można się pokusić i takli sobie upleść.
Natomiast na ostatnim zdjęciu znajome plastikowe krzesełka i kolorowe parasole jak w naszych piwnych ogródkach.
Odpoczywaj , nabieraj opalenizny i pomyśl , że w Polsce są całkiem zimowe mroźne noce i o opalaniu się raczej nie myśli. Chyba, że w solarium.
Miłego dnia. Pozdrawiamy.
Nadopiekuńcza mama z zimowej Polski przypomina: UWAŻAJ na wszystko.
OdpowiedzUsuńKrajobraz niesamowity, a w porównaniu do tego co mamy za oknem, zwyczajnie-szok.
Dobrze, że napisałaś parę słów o nowych znajomych, rzeczywiście dość barwne towarzystwo.
Mam nadzieję, że pomogłaś nieco Debie w spiewaniu naszego wspaniałego "Mazurka".
Czekamy niecierpliwie na dalsze wpisy, całuski.