sobota, 20 lutego 2010

WAW-MADRID-LIMA-SANTA CRUZ-LA PAZ - czyli jak minęła mi podróż




z 17.02.2010 Lot z Warszawy do Madrytu spędziłam w towarzystwie polskiego rednecka pijącego piwko za piwkiem, rzucającego przysłowiowym mięsem i nie przestającego nadawać. Tak więc dowiedziałam się mniej więcej że chyba mnie poje..ło że tak daleko lece (może to i prawda) bo nie ma ni chu..a ładniejszego miejsca niż Zakopane. Tego typu monolog ciągnął się więc przez ponad 3h, cały samolot mi współczuł, a ja sobie w myślach powtarzałam że jeszcze chwila i wyskocze. Ale ten kolega to mały pikuś. Stres się zaczął jak samolot którym miałam przefrunąć ocean tuż przed startem zaczął hamować zamiast się wznosić bo pilot odkrył że coś nie gra. Więc zaczęła się naprawa trwająca kolejne 3h w trakcie której miliony razy przeszło mi przez myśl żeby może jednak ten samolot ponownie nie startował ale jakoś się udało. Podobno były jakieś wielkie turbulencje ale ja spalam jak zabita. Obudził mnie dopiero zapach świeżej peruwiańskiej kupy z pampersa który zmieniał się w fotelu przede mną. No to jeszcze na dokładke z Limy nie poleciałam do La Paz tylko najpierw do Santa Cruz (z powodów pogody podobno), tam czekałam kolejną godzinę i dopiero wyruszyłam do La Paz. Na szczęście czekał na mnie kierowca z uniwersytetu, który w udekorowanym po karnawale rozlatującym się aucie przetransportował mnie do hotelu gdzie mam łóżko i łazienke z ciepłą wodą więc nie narzekam. Miasto dosłownie odebrało mi oddech, nie tylko z powodu wysokości, ale widok miliona domów w dolinie z góry jest po porostu nie do opisania. Nadal walczę z choroba wysokościową która nie pozwala mi jeść i chodzić ale za 2-3 dni powinnam przestać być staruszką i odzyskać swoją młodość (mam nadzieję że duszę też). Dziś poznałam dziekana który pokazał mi najbliższą okolice powtarzając ciągle że to i tamto (ten i tamten) jest niebezpieczne i tego i tamtego nie powinnam robić. Zabrał mnie też na pierwszy boliwijski posiłek i mate de coca. Posiłek podany przez kelnerkę w białej opasce na twarzy (jak te przeciw grypie) ale nie pytałam o powód bo może to normalne. Natomiast mate z liści koki nawet mi posmakowała. Póki co, mimo wielu przygotowań, ciężko mi się tu odnaleźć. To jest jakiś szalony i tak bardzo inny świat. Choć jestem tu dopiero pierwszy dzień już milion razy usłyszałam jaki mam kolor skory. Noi muszę przyznać, że na dzisiejszym spacerze z dziekanem nie spotkałam żadnego innego gringo. No ale mam nadzieje ze jakoś się zaadoptuje i może Sucre będzie spokojniejsze i bardziej przyjazne. A może jutro odnajdę uroki La Paz...

5 komentarzy:

  1. wow... jestes naprawde dzielna! dumna jestem z Ciebie bardzo i trzymam kciuki, zeby wszystko ukladalo sie coraz lepiej!!! calusek :*
    Gunia

    OdpowiedzUsuń
  2. Pozdrawia Cię cała rodzina z Niskiej to znaczy Dobiaszowie i Czernilewscy. Życzymy szybkiej adaptacji i powodzenia w badaniach naukowych.

    OdpowiedzUsuń
  3. Oto PRAWDZIWY "Świat według blondynki",
    mojej najdroższej blondynki.
    Jesteś taka dzielna, córeńko. Powodzenia.

    OdpowiedzUsuń
  4. cudowne sa wrazenia pierwszego dnia ... znalazlem chwilke i czytam :) ( marek pisze nie jan )

    OdpowiedzUsuń